Podsumowanie 1/4 wyzwania blogowego. Porażka czy początek rozwoju?

with Brak komentarzy

Miałam cel: do 15 maja 12000 UU na blogu. Nauczyć się systematycznego blogowania na poważnie i promowania swoich treści w sieci.
Miałam pomysły jak i gdzie promować wpisy i blog.
Miałam listę różnych wpisów – pomysły, tytuły, nawet całkiem sporo już napisanych na brudno…
I co?
Od ogłoszenia wyzwania opublikowałam JEDEN wpis.
Jeden.
W ciągu całego miesiąca… a potem jeszcze kolejnych 15 dni.
Cisza.
Czym się mają ludzie zachwycać i lajkować, jeśli nic nie tworzę? Co mam promować, jeśli nic nie piszę?
Wróć, poprawka: Piszę. Tworzę. Nie publikuję.
Porażka?

Efekty publicznej deklaracji

To podsumowanie miało się ukazać 15-16 grudnia i dotyczyć wyzwania na blogu. Tymczasem – w obliczu zdumiewającej i porażającej klęski pierwszego etapu wyzwania – zrobiło mi się tutaj rozważanie ogólnożyciowe, w sam raz na publikację w Sylwestra… albo w Nowy Rok (jeśli zdążę…*)

Jak to dobrze, że jednak, mimo obaw ogłosiłam moje wyzwanie. Gdybym zrobiła je tak sobie po cichu, to po tej półtoramiesięcznej porażce postowej nie wyciągnęłabym wniosków, bo po co? Po prostu przesunęłabym sobie datę końcową z 15maja na 30 czerwca, potem na koniec lipca, wrzesień, listopad.. na wieczne kiedyś. I nie puknęłabym się w główkę, że chyba jednak coś jest nie w porządku. BARDZO NIE W PORZĄDKU… Że cały mój styl życia wymaga gruntownej przemiany, wyzerowania i zaczęcia od nowa. Z planowaniem priorytetów i pilnowaniem czasu. Z pobudką o normalnej, zawsze tej samej porze, z normalnymi, przespanymi nocami, z czasem na ruch, dla siebie, zamiast marnowania na totalne bzdury. Z porządkiem w głowie i w otoczeniu.

Jeśli trzeba było zawalić 1/4 wyzwania (czyli być może całe, bo mocno ambitne było…) po to, żeby dojść do pewnych wniosków i poczuć solidnego kopniaka – to było warto. To nie był zły pomysł. A że głupio… cóż…Może dzięki temu publicznemu kopniakowi i wymuszonej zmianie zrealizuję inne swoje cele.

Co nie znaczy, że z wyzwania rezygnuję, o nie. Raz ogłoszone jest nieodwołalne. Ciekawe czego się jeszcze przy nim nauczę?

Dlaczego tak bardzo nie wyszło?

Oczywiście mogłabym zwalić winę na trudny czas. Fakt – takiego dziwnego zakrętu jeszcze nigdy nie miałam: oczekiwania i pilne wymagania, zarywanie nocek, ciągle coś, gonienie w piętkę, mycie okien w wigilię o trzeciej po południu, i powtarzanie sobie o czwartej nad ranem: „ja chcę do lasu…cisza spokój i nic nie musieć…”
Ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim była cała masa czasu totalnie zmarnowanego.
Były zrywy, próby przygotowania wpisu do publikacji konkretnego dnia – i nic. To właśnie te próby uświadomiły mi, w czym tak naprawdę tkwi przyczyna mojej blogowo-twórczej ciszy.
Wyłapałam kilka słabych punktów, całkowicie zależnych ode mnie.

Planowanie krok po kroku

Nie wystarczy zaplanować sobie i wpisać w kalendarzu, że tego dnia taki post ma się ukazać. Bo co prawda jestem w stanie usiąść i go napisać w zeszycie, ale to nie wystarczy do publikacji. Wpis blogowy potrzebuje zdjęć. I właśnie na nich się wykładałam. Nie na braku pomysłów, ale na braku obrazków nadających się do pokazania światu.

Nagle postanawiałam: „mam słońce, zrobię zdjęcia do wpisu”, i zaraz okazywało się, że nie mam co sfotografować bo już wyfrunęło w świat, albo nie zrobione wcale bo to tylko pomysł na papierze, albo mam tylko 15 min sensownego dziennego światła zgrane z moją wolną chwilką, i nijak nie zmieszczę tam trzech serii foto plus próby obróbki – więc przekładałam zdjęcia na „jutro”. Wpis też. A kolejnego i za-kolejnego dnia okazywało się, że obiekt do zdjęć co prawda był zrobiony, ale znów wyfrunął w międzyczasie, nowy jest jeszcze niewykończony albo nawet nie zaczęty, a ja znów mam 15min światła… Porażka logistyczna.

Teraz już wiem, że „2stycznia wpis na blogu” oznacza:

  1. O czym będzie wpis?
  2. Jakie potrzebuję zdjęcia?
  3. Czy potrzebuję coś zrobić do zdjęcia – wykończyć, podoszywać, zrobić od nowa? W końcu to blog o robótkowej pasjii.
  4. Ile czasu zajmie przygotowanie tego czegoś do zdjęcia? (powtórzenie kolczyków z zapisanego wzoru plus oczekiwanie na przesyłkę z koralikami, zrobienie całkiem nowego naszyjnika, wzór jako pdf, czy po prostu ułożenie kompozycji przydasiów i koronek w kolorze miętowym…)
  5. Zrobienie zdjęć. Czytaj: zrobienie 20-30 zdjęć, obejrzenie ich na monitorze i kolejna seria 20-30 zdjęć, i jeszcze kolejna, może w końcu któreś się uda… To trzeba zgrać ze światłem i wolnym czasem. Czyli to może zająć trzy dni (w sensie daty w kalendarzu, nie ilości godzin). Znalezienie pasującego zdjęcia do którego można dodać napis i przerobienie go też zajmuje czas i nie zawsze udaje się od pierwszej próby.
  6. Napisanie posta. Nie jakieś 15min, to jednak zwykle trwa dłużej…Czasem samo znalezienie notatek w gąszczu wszystkich notesów i luźnych kartek zajmuje te „15 min”…
  7. Publikacja – wreszcie! A to nie koniec, bo jeszcze te wszystkie różne miejsca do promocji. FB, G+, Pinterest. Niby tylko klik, klik, kolejny.. i kolejny….

Inna kolejność nie wchodzi w grę. Nie mogę zrobić zdjęć do wpisu, nie wiedząc co mam fotografować pilnie na pojutrze, nie mogę promować wpisu na Pinterest jeśli nie mam ani wpisu, ani zdjęcia, ani nawet pojęcia co muszę przygotować do zdjęcia w pierwszej kolejności.

Światło – czy organizacja?

I znów mogłabym zwalić winę za brak zdjęć – tym razem na kiepski aparat, oraz na zimę, ciemności i niesprzyjające światło. „Sorry, taki mamy klimat” – cytując klasyka 😉
A przecież urządzenie „kącika foto” z lampami ze specjalnymi (kupionymi wiosną) żarówkami, i namiotem bezcieniowym zrobionym w czerwcu i wyniesionym na strych – to coś, co zależy ode mnie. A ja tego nie zrobiłam bo… nie miałam gdzie ustrojstwa postawić. Bo wszędzie bałagan nieprawdopodobny, więc wygospodarowanie pola 60/60cm pustej przestrzeni z dala od kota oznaczało… no właśnie, albo kilka godzin wykańczania leżących tam prac i chowania przydasiów, albo… determinacji i pustego pudła. A cały problem ze światłem sprowadza się prawdopodobnie do kupienia dwóch lampek nocnych z dużym gwintem. Przetestuję i dam znać czy się sprawdza.

Plan bloga i wizja nieistniejąca

Kolejna kwestia to moje perfekcjonistyczne podejście. Bo to miał być taki super blog, taki profesjonalny. Każdy post miał być przemyślany i wpisany w strategię długofalową, a nie „byle było dziś”, spontaniczne wrzucanie postów o każdym naszyjniku… a może jednak? To jak mam pokazywać swoje prace? A może nie pokazywać? A może… a może… a może…
Myślałam, że już mam to wszystko przemyślane, ale jednak nie… Same wątpliwości.
A ja nie mam kiedy tego wszystkiego ogarnąć, przemyśleć…Nie w ciągu 15min przed publikacją kolejnego postu – bo tylko na spontaniczny nieprzemyślany post mam teraz czas, więc co, publikować? Może lepiej pojutrze, może jutro się uda przemyśleć…. taaa….

Jeśli czytasz ten post aż dotąd i nie masz ochoty skopać mi tyłka, to gratuluję cierpliwości. Sama do siebie już jej nie mam – łapki opadają.

BUJO blog kawa
Postanowienia

I znów mam postanowienia i cele.
Rechot historii w tle? Też go słyszę. Ale… czy ja mam wybór?
Przecież nie zostawię tego tak, jak jest. Pasja domaga się rozwoju.

Postanowiłam:

  • Utrzymać swój względny porządek, uczyniony w wigilię po południu i utrzymywany jakimś cudem do dziś. I posprzątać po troszku całą resztę poutykaną po pudłach i na strychu.
  • Zlikwidować choinkę, bo się sypie, i rozstawić kącik foto. I robić zdjęcia wszystkiego, natychmiast po skończeniu.
  • Każdy post planować kroczek po kroczku, z dwutygodniowym wyprzedzeniem
  • A póki co – przez te dwa tygodnie publikować spontaniczne wpisy frywolitkowe, w większości zaległe z niezaległymi zdjęciami, które (tak, niestety) trzeba dopiero zrobić. I wreszcie pokazać, że to blog jednak robótkowy 😉
  • To oznacza, że mam dwa tygodnie na przemyślenie do końca mojej blogowej strategii – albo przyjęcie spontaniczności jako strategię i koniec
  • I jeszcze postanowiłam w ramach oswajania planowania przetestować słynne BUJO – to tylko zeszyt, więc jeśli się uda, będę miała pretekst do kupowania pięknych zeszytów raz na kwartał, a jeśli nie – mała strata.
Co będzie?

Jednak jak to dobrze, że opublikowałam to wyzwanie, przecież już za 15 dni będę zdawała kolejną relację z efektów, więc wprowadzanie postanowień w czyn wyjdzie na jaw. Nie ma to jak publiczna deklaracja.
Czyli…uda się?
Porażka, czy początek?

Zapisz

Zapisz

Zapisz