Blokady na drodze do sukcesu

with 6 komentarzy

Patrzę na swoje życie, na swoje zachowanie, reakcje w różnych sytuacjach oraz sposób postępowania i nagle ze zdumieniem przyłapuję się na czymś, z czym przecież wcale się nie zgadzam. Przyłapuję się na rzucaniu samej sobie kłód pod nogi, na dezercji w obliczu szansy, o której marzyłam, na sabotowaniu wszelkich dążeń do czegoś lepszego niż to, co mam. Blokady na drodze do sukcesu są tym straszniejsze, im bardziej nieuświadomione.

Można próbować dojść do tego, skąd to się wzięło. Cóż, najczęściej z dzieciństwa. To wtedy zostały „zaprogramowane” nasze wzorce zachowań.
Ojoj, pozostało tylko płakać i użalać się nad sobą, jaka ja biedna: ofiara durnych dorosłych, otoczenia, systemu, świata itd.
Zaprogramowane w dzieciństwie! Przepadło. Nieodwracalne, nienaprawialne zło, które będzie towarzyszyć biednej sierotce do końca życia.

Tak sobie myślisz?

O ile w ogóle zauważasz, że masz coś w głowie „zaprogramowane” – i widzisz tego efekty. Bo większość ludzi nie widzi. Ja o tej teorii słyszałam już dawno, ale nie dostrzegałam żadnej własnej blokady na drodze do sukcesu, żadnych konkretnych przykładów. I nagle BUM, jedna po drugiej.

Przykład z życia (mojego)

Wymyśliłam sobie wyzwanie ze statystykami blogowymi w roli głównej. Wymyśliłam sobie, że będę wreszcie bardzo intensywnie rozwijać blog i sprawdzać co działa – i pisać z tego comiesięczne „raporty”. Dostrzegłam w tym mnóstwo korzyści: motywację do działania, grupę wsparcia, grupę (anty)wsparcia na bazie mojej przekory (a właśnie że dam radę), pretekst i motywację do pisania cyklu postów o określonej tematyce blogowo- rozwojowej…
Możliwość pomagania innym w rozwoju (a mam tu na uwadze szczególnie kilka znanych mi osobiście osób). Wszystko pięknie, same korzyści.

I nagle STOP. W mojej głowie włączyły się blokady. Z tą, że „nie uda mi się zrealizować celu i będzie mi głupio” poradziłam sobie dość szybko, bo już od jakiegoś czasu nad tym pracuję. Ale to drugie było zaskoczeniem.
Przyszło mi mianowicie do głowy, że:
„Może lepiej nie będę publikować takiego wyzwania, bo jak to będzie wyglądało? Potem cokolwiek zrobię, to zaraz wszyscy pomyślą, że to sztuczne działanie dla statystyk, zabieganie o czytelników. Że piszę kilka razy w tygodniu stosując słowa kluczowe i dbając o zdjęcia godne Pinterest – dla zdobycia nowych czytelników, że komentuję u innych dla czytelników, że jestem na Facebooku dla czytelników, organizuję wyzwania i dzielę się wzorami dla…”

…Dla Czytelników?

No… TAK. Oczywiście!

Hello, przecież WSZYSCY tak robią. Wszyscy, których blogi czytuję.
Ci, którzy tak nie robią, zawiesili swoje blogi po kilku miesiącach pisania do ściany, bo nikt na nie nie zaglądał.
WSZYSCY TAK ROBIĄ. Zabiegają o czytelników, o „sławę, rozgłos, popularność”, o komentarze, o sukces. O znajomości ze świetnymi ludźmi. Są zaradni i przedsiębiorczy. Dbają o swój interes, w tym wypadku o swój blog, może o swój sklep, o swoją listę mailową itd. I super. I mają do tego prawo. Podziwiam ich, szanuję…

Ale mi tak nie wolno, bo to by znaczyło, że jestem pyszałkowata, chciwa, pazerna, nieszczera.
Mi jest głupio i wstyd, że w ogóle śmiem zabiegać o uwagę innych. No, jeśli sami przyjdą i się zachwycą – to ok, to fajnie i miło, ale zabiegać o to i wyrywać pazurami? Podtykać pod nos, reklamować?

W tym momencie poczułam się jak za szkolnych czasów na WF-ie: nagle jakaś rozpędzona piłka spadła mi na głowę nie wiadomo skąd.
ŁUMP.
Ogarnij się, kobieto, patrz dookoła siebie.

Skąd takie myśli?

Nie potrzebowałam wiele czasu, żeby się zorientować, skąd mi się wzięło takie myślenie. Czyje wypowiedzi i opinie, czyj ton sarkastyczny, wytykający ludziom ich zaradność i umiejętność dbania o swoje.

Rety, przecież się z tym nie zgadzam!!! Mój rozum się z tym nie zgadza, więc dlaczego podporządkowuję się takiemu durnemu światopoglądowi jednej osoby, która tak na logikę od lat nie jest dla mnie autorytetem? Ta sama osoba miała swój nieświadomy wpływ na całe moje podejście do posiadania firmy artystyczno – rękodzielniczej.

Czy wyobrażasz sobie taką sytuację: jest coś, co kochasz robić. Wiesz, że ze wszystkiego co robiłaś przez całe życie, właśnie TO robisz najlepiej, że jesteś w tym świetna. A jednocześnie gdzieś w środku czujesz się winna że to robisz, że poświęcasz na to całe dnie i jeszcze bezczelnie chcesz na tym zarabiać. Dlaczego? Bo to tak naprawdę nie jest praca. Bo ktoś całym swoim życiem dawał ci do zrozumienia, że jeśli coś sprawia przyjemność i przychodzi z łatwością, to nie można na tym zarabiać. Bo hmm, no… nie wypada? Bo powinnaś mieć wyrzuty sumienia i poczucie winy wobec tych którzy „ciężko pracują” i bardzo się przy tym męczą – i nie chodzi o ludzi pracujących fizycznie, ale o tych którzy robią coś czego nie lubią.
Absurdy.

mint moodboard with tatted lace doily, green beads and first sketch of logo

 

Olśnienie

Uświadomiłam to sobie po sześciu latach (!) rozdwojenia w stylu „mam firmę, ale się wstydzę że ją mam i nie wiem czy powinnam, a jednocześnie wkurza mnie że nikt nie traktuje poważnie tego co robię”.
Wreszcie we łzach zdecydowałam, że mam prawo robić to co kocham i z tego się utrzymywać, z tego finansować swoje marzenia, dobrze żyć i odnieść frywolitkowy sukces.

A kiedy wreszcie zabrałam się za promowanie swojej twórczości na poważnie – STOP, powtórka z rozrywki. Znów głupie wątpliwości i blokady.

I nie piszę tego po to, żeby kogoś oskarżać, czy użalać się nad sobą. W ogóle miałam nie pisać aż tak dokładnie o swoich doświadczeniach, było nie było bardzo osobistych. Jednak po wyzwaniowej blokadzie uświadomiłam sobie, że powinnam. Jeśli coś się powtarza dwa razy – to trzeba na to zwrócić uwagę. A konkretny przykład z mojego życia może pomóc otworzyć oczy innym. Może Tobie?
Kiedyś czyjeś szczere słowa otworzyły moje oczy. To jest potrzebne. Chcę podawać dalej dobro, szczerość, prawdę. I szansę zmiany.

Co teraz?

Mam przyjąć rolę ofiary, zrzucić odpowiedzialność na jakieś nie do końca wyjaśnione sytuacje z dzieciństwa? Winę za swoje decyzje zwalić na cudze słowa i cudze nieudane życie? I powtórzyć scenariusz, zmarnować własne życie?

Zaprogramowane zachowania…

A słyszałaś o stawianiu systemu od nowa?

Ja się na komputerach nie znam, ale mój staruszek przechodził taki reset trzy razy. Wyczyszczony do zera i napisany od nowa.
Da się.
Jak Ci się nie podoba wygląd Twojego bloga, to sobie zmieniasz szablon. Też się da. Jak Ci nie pasują automatyczne maile przychodzące w newsletterze – to się wypisujesz. To, że coś jest zaprogramowane, nie znaczy, że nic się z tym nie da zrobić.
Tylko trzeba wiedzieć w czym problem.
Ja już wiem i podjęłam wyzwanie. W tym obszarze swojego życia dostałam dwie lekcje. Jedną przerabiałam długo… Druga zajęła mi jeden dzień. Trzecia może zostanie stłamszona w zarodku po pięciu minutach – kto wie?
Nie łudzę się. Będę musiała się pilnować. Pilnować swoich myśli, swoich decyzji i ich przyczyn – i to pewnie za każdym razem, gdy będę publikować nowy post. Ale jednak to ja decyduję o swoim życiu, nie opinie i zachowania innych.

Na koniec dodam, że takie „zaprogramowane” zachowania mogą dotyczyć wielu różnych kwestii, nie tylko pracy i pasji, ale też uczuć, relacji, sposobów radzenia sobie z trudnościami, i wielu innych. Ja podejrzewam u siebie jeszcze kilka tematów do przerobienia – ale spokojnie, nie wszystko na raz. Przyjdzie i na to pora.

Jeśli coś w Tobie poruszyłam i dałam do myślenia – daj mi znać w komentarzu lub wiadomości. Podziel się swoimi doświadczeniami. Jeśli masz wrażenie, że ten wpis komuś się przyda – podeślij mu go. Po to zainstalowałam te wszystkie przyciski pod (i nad) postami. Dobrze jest wiedzieć, że można komuś pomóc po prostu dzieląc się swoim doświadczeniem.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

  • Ola

    Czytałam post z zainteresowaniem, bo widzę w nim siebie. Mój biznes dziergany jest biznesem po godzinach, dodatkowym i właśnie do mnie dotarło, że też się go wstydzę… Mam bloga, ale na blogu nie mowię o głośno o tym, że sprzedaję to co robię. Mam fanpage na FB, konto na Insta, ale tam też się tym nie chwalę. Publikuję posty, wpisy o tym co zrobiłam i tyle… Dla spokoju sumienia umieściłam na blogu link do dawandy i to tyle. Mam do tego świetną wymówkę, że przecież nie mam czasu na promocję i zamiast się reklamować dziergam kolejną rzecz na półeczkę z nadzieją, że kiedyś się sprzeda. Masz rację, że to zachowanie zaprogramowane w nas od dziecka. Gdzieś głęboko mamy przekonanie, że rękodzieło to nie praca, a nasze wytwory powinny kosztować niewiele więcej niż zużyte na nie materiały. Jednak dopóki sami nie zaczniemy siebie doceniać, to nikt inny tego nie zrobi.

    • Oj, z tym wycenianiem rękodzieła to prawda – to też trzeba w sobie zmienić, i mam zamiar wsadzić kij w rękodzielnicze mrowisko. Post o wycenianiu już prawie gotowy 😉
      Cieszę się, że do mnie trafiłaś, mam nadzieję, że ten wpis wywoła jakieś zmiany na lepsze 🙂 Na dobry początek możesz np dodać link do swojego bloga tutaj w panelu Disqus (u góry po prawej taki mały trójkącik koło Twojej nazwy). Ja (i pewnie nie tyko ja) lubię zaglądać kto do mnie pisze.
      Chyba, że bloga też się wstydzisz. Jeśli tak – to przytulam, a zaraz potem zasadzam solidnego kopa. To też miałam, do tego stopnia, że odkładałam komentowanie na blogach do czasu aż… uzupełnię jakiś wpis, coś opublikuję, zrobię logo, przejdę na ten nowy adres… Nie tędy droga.

      • Ola

        Nie, bloga się nie wstydzę 🙂 Dodałam adres. Pewnie jak każdy mam wzloty i upadki – raz wielki entuzjazm, masa nowych pomysłów, a za chwilę wielkie wątpliwości w sens przedsięwzięcia. No ale cóż, trzeba się wziąć w garść i stłumić złe myśli 🙂

        • Dopiero dzięki linkowi do bloga połapałam się, że Ty to Ty 🙂 Dlatego staram się wszędzie ujednolicać podpisy i jeśli to możliwe – zdjęcia profilowe. Masz fajne nazwisko, takie chwytliwe, zapadające w pamięć – wykorzystaj to 🙂 Chyba, że zamierzasz zmienić 🙂

  • Dużo w nas tych „zaprogramowanych” elementów: działań, decyzji, myśli. Niektóre są fajne, pomocne, ale często tak jak napisałaś – jest dokładnie odwrotnie. Mam nawet wrażenie, że czasem intencje „programujących” – rodziny, znajomych, społeczeństwa, są dobre, ale wychodzi nam to bokiem, bo robimy i myślimy to, co oni chcą, a nie to co chcemy my.
    Ja myślę, że zrobiłaś już najważniejszy krok czyli masz swiadomość co Cię blokuje. Z własnych doświadczeń też wiem, że tak łatwo się ten program nie zmienia i rzeczywiście trzeba być uwaznym na swoje myśli, żeby znów nie wpaść w stare tory. Żeby kontrolować ten proces ja często prowadzę notatki, szczególnie, jak mi coś doskwiera, a sama nie wiem o co mi chodzi… jak sobie pomyślę i zapiszę, to się nagle odnajduje winowajca 🙂 staram się też do tego podchodzić z humorem i śmiać sama do siebie, że znów się dałam wkręcić i trzeba wyluzować, zamiast się zamartwiać i dręczyć, że taka jestem niereformowalna 🙂 powolutku i do przodu!

    • Tak, kartka i długopis lekiem na wszystkie smęty, handry i wątpliwości. Nie wiem jak to działa, ale pisanie pomaga mi myśleć, szukać głębiej i bardziej z dystansu. Widać nie jestem jedyna 🙂